30 stycznia 2026 r. Ministerstwo Zdrowia wydało Komunikat w sprawie wykonywania procedur medycyny estetyczno-naprawczej. Mimo dobrych intencji autor tego komunikatu niebezpiecznie rozmywa pojęcie świadczeń zdrowotnych.
https://www.gov.pl/web/zdrowie/komunikat-w-sprawie-wykonywania-procedur-medycyny-estetyczno-naprawczej
Ministerstwo zareagowało w ten sposób na zapytania dotyczące zabiegów kosmetycznych i estetycznych, które wpływają do resortu. W upublicznionej, zbiorowej odpowiedzi podkreślono kwestię uprawnień, jakie powinny posiadać osoby wykonujące procedury medycyny estetyczno-naprawczej
(wcześniejsza nazwa: medycyna estetyczna). Jednoznacznie stwierdzono tam, że świadczeń tych udziela wyłącznie lekarz, co wynika z ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty i ustawy o działalności leczniczej.
Ministerstwo słusznie przypomina w komunikacie, że w myśl art. 2 ust. 1 pkt 10 ustawy o działalności leczniczej, że są to działania służące zachowaniu, ratowaniu, przywracaniu lub poprawie zdrowia oraz inne działania medyczne wynikające z procesu leczenia lub przepisów odrębnych regulujących zasady ich wykonywania. Zarazem jednak ministerstwo dokonuje niedopuszczalnego przesunięcia dodając, że „takim właśnie przepisem odrębnym regulującym zasady wykonywania innych działań medycznych jest
rozporządzenie w sprawie umiejętności zawodowych lekarzy i lekarzy dentystów...innymi słowy, prawodawca formalizując zasady regulujące wykonywanie procedur medycyny estetyczno-naprawczej w akcie prawnym ustalającym sposób wykonywania zawodu lekarza, wpisuje te procedury w zakres pojęciowy świadczenia zdrowotnego.”
Należy podkreślić, że rozporządzenia są przepisami wykonawczymi do ustaw. Nie mogą rozszerzać pojęć ustawowych, z których wynikają uprawnienia i obowiązki. A z pojęcia świadczenia zdrowotnego wynikają obowiązki i uprawnienia o wielkiej wadze. Zatem nie wystarczy zapisać określonych świadczeń w rozporządzeniu, aby stały się przez to świadczeniami zdrowotnymi. Zrównanie hierarchiczne rozporządzeń z ustawami to kardynalny błąd z zakresu prawoznawstwa.
Natomiast już błędem z zakresu medycyny jest próba zamykania świadczeń zdrowotnych w definicjach prawnych, niezależnie od tego, czy taki błąd popełnia minister dając mu rangę rozporządzenia, czy parlament z prezydentem, dając mu rangę ustawy. Ustawa bowiem odwołuje się, i musi tak czynić, do aktualnej wiedzy medycznej lekarzy i do nauki medycyny. Rozszerzenie tej wiedzy i możliwości praktycznych leczenia spowodowało już wiele razy, że niektóre świadczenia przestały być uznawane za zdrowotne, a inne, wcześniej niedostępne lekarzom lub nieznane medycynie, stały się nimi.
Zatem z jednej strony nie wszystko to, co robi lekarz, jest przez samą osobę autora czynności świadczeniem zdrowotnym, ale z drugiej strony może nim być, nawet gdy prawodawca nie zapisał go w żadnym dokumencie, tabeli, liście refundowanych świadczeń et c. Zarazem to samo świadczenie, nie przestaje być świadczeniem zdrowotnym gdy wykona je inna osoba, w tym osoba nieuprawniona do jego wykonywania. Ten brak uprawnień i możliwe wynikające stąd konsekwencje prawne to osobna kwestia, której oczywiście nie należy bagatelizować. Jednak znacznie poważniejsze są konsekwencje zdrowotne definiowania medycyny aktami prawnymi.
Niezależnie od treści przepisów lekarz nie może się nie zastanawiać: czy udzielane przez niego „świadczenia zdrowotne” rzeczywiście są leczeniem tego konkretnego pacjenta.

